W Polsce coraz więcej ludzi czuje, że państwo działa obok nich, a nie dla nich. To nie jest kwestia poglądów politycznych, lecz codziennego doświadczenia obywateli. Dlatego potrzebujemy mechanizmu, który pozwoli ludziom reagować na błędne decyzje władzy także między wyborami.

1. Demokracja nie kończy się w dniu głosowania

Wielu obywateli ma dziś poczucie, że ich rola w państwie sprowadza się do wrzucenia kartki do urny raz na cztery lata. Potem — jak mówią sami politycy — „wybraliście nas, teraz my decydujemy”.

To zdanie jest kwintesencją problemu.

Demokracja nie może być jednorazowym aktem. Demokracja musi być relacją, w której obywatele mają głos także wtedy, gdy władza zaczyna się od nich oddalać.

2. Pięć emocji, które mówią więcej niż tysiąc analiz

Nie trzeba być ekspertem, żeby widzieć, co ludzi naprawdę boli. Wystarczy posłuchać rozmów w pracy, w autobusie, na rodzinnych spotkaniach.

Najczęściej powtarzają się te same emocje:

  • Poczucie krzywdy
    Gdy ustawa uchwalona w nocy zmienia zasady życia z dnia na dzień.
  • Poczucie niesprawiedliwości
    Gdy prawo działa inaczej dla zwykłego człowieka, a inaczej dla tych, którzy mają dostęp do władzy.
  • Poczucie bezsilności
    Gdy nawet oczywisty bubel prawny nie może zostać zatrzymany.
  • Poczucie lekceważenia
    Gdy politycy mówią: „teraz my rządzimy”.
  • Poczucie, że władza robi, co chce
    Gdy rozporządzenie, które jest aktem wykonawczym, a nie prawem, zmienia życie milionów ludzi bez debaty i bez kontroli.

To są emocje, które łączą ludzi ponad podziałami. I to właśnie one pokazują, że brakuje nam jednego elementu: realnej kontroli między wyborami.

3. Państwo potrzebuje hamulca bezpieczeństwa

W zdrowym systemie władza wie, że jeśli popełni błąd, obywatele mogą go zatrzymać. Nie po to, żeby rządzić zamiast polityków. Po to, żeby politycy pamiętali, kto ich zatrudnia.

Taki mechanizm istnieje w wielu krajach Wzorcowo w Szwajcarii i Lichtensteinie, ale także we Włoszech, Urugwaju, i niektórych stanach USA.

U nas — nie.

W Polsce:

  • ustawy można uchwalić w 24 godziny,
  • rozporządzenia mogą zmieniać życie bez udziału parlamentu,
  • koncesje na bogactwa naturalne przyznaje się bez udziału obywateli,
  • decyzje administracyjne mogą być uznaniowe,
  • a obywatele nie mają żadnego narzędzia, żeby to zatrzymać.

To nie jest normalne. To nie jest bezpieczne. To nie jest demokratyczne.

4. Obywatele muszą mieć głos między wyborami

Nie chodzi o rewolucję. Nie chodzi o chaos. Nie chodzi o odwoływanie posłów.

Chodzi o prosty, zdroworozsądkowy mechanizm, który pozwala:

  • zatrzymać złą ustawę,
  • wymusić jej poprawę,
  • zablokować szkodliwe rozporządzenie,
  • domagać się korekty decyzji administracyjnej.

To jest hamulec bezpieczeństwa, który chroni państwo przed błędami władzy.

5. To jest moment, żeby o tym rozmawiać

Polacy są zmęczeni konfliktem politycznym. Ale są gotowi rozmawiać o tym, jak sprawić, żeby państwo działało lepiej.

Idea kontroli między wyborami nie jest ani lewicowa, ani prawicowa. To jest idea obywatelska.

To jest idea, która przywraca ludziom godność. I która przypomina, że władza nie jest właścicielem państwa — tylko jego pracownikiem.

Choć w polskim ustroju istnieje urząd prezydenta, który ma stać na straży Konstytucji i praw obywateli, to w praktyce nie jest to mechanizm kontroli społecznej. Prezydent nie działa na wniosek obywateli, nie ma obowiązku reagować na ich sprzeciw, a jego decyzje są częścią gry politycznej, a nie narzędziem obywatelskiego nadzoru.

To oznacza, że nawet jeśli prezydent ma formalne kompetencje, obywatele nie mają żadnego wpływu na to, czy i kiedy zostaną one użyte. Dlatego potrzebny jest mechanizm, który działa nie według uznania władzy, lecz na żądanie obywateli.

Jeśli chcemy, żeby Polska była państwem poważnym, stabilnym i odpornym na błędy, musimy dać obywatelom narzędzie, które pozwoli im reagować wtedy, kiedy władza przestaje ich słuchać.

To nie jest rewolucja. To jest normalność.

Marian Waszkielewicz
2025.12.27